Ignorant

Niewiele wiem, ale wygląda ciekawie

Sprawa wydaje się nośna i perspektywiczna: zmiany klimatu mogą dać pożywkę dla bloga na najbliższe lata, a nawet dekady. Oczywiście pod warunkiem, że w ciągu tych dekad cywilizacja nie upadnie. Gdyby upadła, to pewnie wcześniej upadłby Internet.

Pseudonim wybrałem sobie nieprzypadkowo, w jakiejś (sam nie wiem jakiej) relacji do exignoranta. Jeśli uważasz się za pesymistę, to warto odwiedzić jego blog; zobaczysz pesymizm najwyższej jakości.

Określenie siebie jako ignoranta jest wyrazem skromności (ok – nieco fałszywej). Bardziej chciałbym się dowiadywać niż dzielić wiedzą. Bardziej pytać niż odpowiadać.

No właśnie – pytania. Lubię pytać. Lubię szukać dziury w całym.

Mamy do czynienia z pewnym podziałem zbliżonym do ideologicznego. Jedna ze stron to znajdująca się w ofensywie społeczność alarmistów. Ci modelowo uznają, że klimat zmienia się dość gwałtownie, że przyczyną jest działalność człowieka i że jako cywilizacja mamy raczej przechlapane. Być może jakieś tam szanse mamy, ale tylko wówczas, gdy natychmiast przestaniemy emitować do atmosfery dwutlenek węgla z paliw kopalnych. Druga strona to negacjoniści.

Oba plemiona swoje nazwy zawdzięczają sobie nawzajem. Ani jedni, ani drudzy nie biorą jeńców.

Negacjoniści merytorycznie wypadają z reguły blado. Ich powtarzalne argumenty zbijane są rutynowo i bardzo skutecznie. Na portalu naukaoklimacie.pl w dziale fakty i mity alarmiści zgromadzili solidny arsenał. Argumenty te wykorzystywane są do dyskusji z negacjonistami jak broń palna używana była przez Brytyjczyków do walki z Zulusami. 

Prognozy alarmistów wydają się opisywać jakąś klimatyczną Nemezis, która wykończy ludzkość skuteczniej niż biblijny potop, o ile ludzkość natychmiast nie zaprzestanie grzeszyć dwutlenkiem węgla.

Opis wydaje się tak silny i solidnie podbudowany, że nie ma ucieczki. Nie ma co myśleć o dostosowaniu się do wyższej temperatury, bo to niemożliwe. Nie ma co szukać technologii do odwrócenia trendu ani liczyć na taką technologię w przyszłości. Ludzkość ma rzucić palenie, albo czeka ją głód, cierpienie, wojny i na końcu zasłużona zagłada.

Nic nie da małoduszne założenie, że problem mają przyszłe, nieistniejące jeszcze pokolenia. Problem jest za najbliższym zakrętem. Być może cywilizacja upadnie przed rokiem 2050. Umrzemy z głodu, bo nie będzie żywności, z pragnienia, bo nie będzie dostępu do słodkiej wody, od wojen, bo wszyscy zaczną się bić o wszystko, od temperatury mokrego termometru i od hiperkanów wyrywających glebę. Przy tym wszystkim zalanie wysp i brzegów przez wzbierający ocean nie wygląda na problem pierwszoplanowy.

Tak podobno wyszło klimatologom i zamiast czekać na wypadki z założonymi rękami zaczęli działać.

Naukowcy-influencerzy podzielili się swoją wiedzą z dziennikarzami, konsumentami informacji i politykami. Wyodrębniona w ten sposób społeczność zjednoczyła się wokół potrójnego dogmatu: zmian klimatycznych, ich antropogeniczności i nadchodzącej katastrofy.

Merytoryczna reprezentacja naukowców w ścisłym tego słowa znaczeniu uległa w tym ruchu rozcieńczeniu. Dziennikarze, blogerzy, politycy, ostanio nawet niewinne dzieciny wnoszą do sprawy co tylko mogą: a to marketing, a to programy ustawodawcze, podatkowe, a to rewolucyjny zapał i prostolinijność. Całość zaczęła żyć własnym życiem. Pierwotny, poznawczy cel nauki ustąpił miejsca niesamowitemu programowi politycznemu – eliminacji kopalnych źródeł energii, czyli odpiłowania gałęzi, na której siedzi cywilizacja. Program taki stał się wyłączny, niezbędny i jedynie dopuszczalny.

Powyższe niekoniecznie sprawia, że wiara tego klimatycznego kościoła pozbawiona jest podstaw. To, że w historii mniejsze lub większe ugrupowania apokaliptyczne nigdy z prognozami nie trafiały nie oznacza, że któremuś w końcu się nie poszczęści.

Obserwowanie i analiza tego wzmożenia jest zajęciem ciekawym. Mad Max albo kolejny apokaliptyczny, globalny kapiszon – obie wersje to kaloryczny, bezwęglowy materiał do długotrwałej eksploatacji.